W miasteczku piasku i błękitnych łusek, tom 1 - recenzja mangi

Najnowsze posty

Posty / Najnowsze posty 83 Views

Jedną z pyrkonowych  nowości wydawnictwa J.P.Fantastica jest manga W miasteczku piasku i błękitnych łusek, autorstwa Yoko Komori. Nie sądzę, aby była to szczególnie znana pozycja w mangowym światku, warto jednak od czasu do czasu zapoznać się z czymś absolutnie nieznanym, Ot choćby ze zwykłej ciekawości. Zwłaszcza że z okładki  pierwszego tomu patrzy na nas główna bohaterka, zupełnie nie przypominająca typowej japońskiej komiksowej piękności. Rysunek jest lekko infantylny, jakby wprost skierowany do młodszego odbiorcy. Taka odrobinę jest ta manga – możemy ją spokojnie dać do przeczytania młodszemu rodzeństwu, jednak i sami sięgniemy po nią z przyjemnością…

Mała Tokiko przeprowadza się z Tokio do małej nadmorskiej mieściny, w której wszyscy znają wszystkich. Dziewczynka ma tylko ojca, ponieważ matka opuściła rodzinę, kobieta nie miała zresztą zbyt dobrej reputacji. Tokiko już tu kiedyś była, jako czterolatka, która pamięta z tych czasów jedno szczególne wydarzenie. Otóż pewnego dnia,  kiedy z matką przebywała na plaży, nierozważnie weszła do morza. Skończyło się to w oczywisty sposób – zaczęła tonąć. Uratowała ją najmniej oczekiwana istota, czyli syrena, a może raczej… syren? Tokiko marzy o jego odnalezieniu, wierząc głęboko, że jej wspomnienia są prawdziwe. Zupełnie odwrotnie myśli jeden z jej nowych szkolnych kolegów, Narumi, pragmatyk z krwi i kości, mający konkretny powód, aby nie wierzyć w takie brednie. Początkowo nieśmiała Tokiko nie ma zbyt wielu przyjaciół, jednak miejscowe dzieci z jej nowej klasy robią wszystko, aby ją poznać. Nie obywa się oczywiście bez zgrzytów, jednak ostatecznie sytuacja się uspokaja i dziewczynka coraz lepiej aklimatyzuje się w domu babci i w szkole. Poznaje okolicznych mieszkańców, a także miejscowe obyczaje – zwłaszcza kult Morzywita. To jemu wdzięczni ludzie, w podzięce za dary morza, poświęcają festiwal, który wyraźnie fascynuje główną bohaterkę. Jak to jednak z tą niezwykłą uroczystością będzie, dowiemy się w tomie drugim.

Aoi Uroko to Suna no Machi #01
fot. J.P.Fantastica

Tak czysto relaksującej mangi nie czytałam od dawna – to swego rodzaju baśń osadzona w realiach współczesnej, peryferyjnej Japonii. Kwestia istnienia syren jest niepewna, nie wiemy bowiem, czy Tokiko naprawdę w dzieciństwie została uratowana przez tego rodzaju istotę, czy wręcz przeciwnie, to tylko dziecięce urojenia. Wykazującego przeciwną postawę Narumiego wyraźnie łączy z Tokiko jakaś więź, wyczuwalna coraz wyraźniej także przez dziewczynkę. Trudno na razie nazwać ich relację stuprocentową przyjaźnią, póki co to raczej próby zrozumienia tej drugiej, zupełnie inaczej myślącej osoby. Choć to tylko 12-letnie dzieci, mają już za sobą dość traumatyczne wydarzenia, przez co nie sprawiają wrażenia szczególnie dziecinnych. To już chwilami mali dorośli. Odskocznią od ich poważnego charakteru są pozostałe dzieci, tworzące zgraną paczkę od wielu lat. Nie brakuje śmiechu i kąpieli w morzu, zakupów, rozmów z babcią ze sklepu, znającą chyba każdy okoliczny sekret. Ta czysto wakacyjna atmosfera udziela się i czytelnikowi, a choć gdzieś z tyłu czają się poważniejsze sprawy, nie przyćmiewają spokoju, bijącego z kart tomiku. To prawda, mało tu porywającej akcji, co nie oznacza, że jest to zarzutem. To tego typu historia, mająca wciągnąć czytelnika w swój świat, dzięki nietypowej atmosferze.

Znasz tę mangę?

Oceń:

0,0

Ciekawie prezentuje się warstwa graficzna W miasteczku piasku i błękitnych łusek. Kompletnie niemangowa, a przynajmniej odbiegająca od tego, co można nazwać potocznie, mangowym stylem. Okładka daje dobry pogląd na to, co jest w środku – bardzo proste projekty postaci, wręcz skromne. Kadry sprawiają chwilami sterylne wrażenie, uderzając czystością i mieszanką czerni z bielą. Autorka rzadko stosuje rastry, przez co szarości pojawiają się rzadko (przeważnie jako morze czy część garderoby), ewentualnie cienie rysuje ręcznie, bez zastosowania rastrów właśnie. To zdecydowanie bardziej pracochłonny proces, jednak widać w tej prostocie skrupulatność i precyzję. Zdaję sobie sprawę, że taki styl graficzny nie każdemu przypadnie do gustu, choć idealnie wpasowuje się w warstwę fabularną. Ta sama opowieść narysowana bogatym, barokowym sposobem pewnie nie byłaby wcale lepsza, o ile nie gorsza. Na pochwałę zasługuje wydanie – format większy, niż większość wydawanych w Polsce mang (A5) to strzał w dziesiątkę. Dzięki temu tomik w obwolucie prezentuje się znakomicie.

Ta zaledwie dwutomowa manga to mała perełka, warta wyłowienia w morzu japońskich komiksów, zalewających nasz rynek od kilku lat coraz hojniej. Jestem bardzo ciekawa, jak też dalej potoczą się losy Tokiko i Narumiego – w końcu trzeba się dowiedzieć, jak to jest z tymi syrenami…

Źródło: zdjęcie główne: J.P.Fantastica

Comments